Wędrówki drogami życia Sługi Bożego - 6/7 września 1944 r.

(Fot. Archiwum Kurii Diecezji Radomskiej)

Przeżyłam wojnę tylko dzięki ks. Piotrowi Gołębiowskiemu!



Na czas posługi proboszczowskiej ks. Piotra Gołębiowskiego w parafii Baćkowice przypadły dramatyczne lata II wojny światowej. W sierpniu i wrześniu 1944 r. przez teren parafii przechodziła, a później zatrzymała się linia frontu. Kościół i plebania raz znajdowały się po niemieckiej, a niedługo później po radzieckiej stronie. Walki toczyły się na terenie parafialnym, a ogród parafialny był podzielony pomiędzy walczących. Działania wojenne skutkowały spaleniem znacznej części miejscowości wchodzących w skład parafii.

W takiej sytuacji ks. Piotr Gołębiowski przyszedł z pomocą tym, którzy nie mieli dachu nad głową. Zaoferował im mieszkanie na plebanii. W konsekwencji znalazło tam schronienie około 200 osób! Ks. Piotr Gołębiowski dodatkowo sam troszczył się o to, by nie brakowało im pożywienia.

Szczególnie trudne wydarzenia przyniósł pierwszy tydzień września 1944 r. Ludzie przebywali wówczas przez około dziewięć dni w piwnicach, także w piwnicach plebanii. Obserwowali, jak płonęły ich domy i zabudowania. Ks. Piotr Gołębiowski był dla swych parafian wsparciem. Mimo, iż przedarcie się z plebanii do kościoła było szczytem odwagi, on codziennie w kościele celebrował Mszę świętą. Pełna wewnętrznego pokoju postawa proboszcza była dla parafian źródłem siły.

W nocy z 6 na 7 września 1944 r. Niemcy wysiedlili wszystkich przebywających na plebanii i kazali im schronić się w pobliskim lesie. Ks. Piotr Gołębiowski znalazł wówczas schronienie, wraz ze swymi domownikami, na plebanii w sąsiedniej Mominie u ks. Władysława Godzwona. Mimo, że proponowano mu lepsze warunki w Starachowicach, odmówił, tłumacząc, że chce być jak najbliżej swej parafii, by móc do niej wrócić, gdy tylko pojawi się taka możliwość.

W Mominie, w każdą niedzielę, po sumie, spotykał się ze swymi parafianami. Znów pomagał im, wspierał ich, wlewał otuchę i nadzieję w serca, jak równiez troszczył się o to, by mieli co jeść. Wędrował też pieszo do oddalonego o około 12 km Opatowa, by nieść pomoc chorym przebywającym w tamtejszym szpitalu.

W pamięci jego parafian pozostała świadomość, że zawdzięczali przeżycie tych dramatycznych dni wojennych właśnie jemu. Jedna z ówczesnych parafianek ks. Piotra Gołębiowskiego, Leokadia Krowińska, wspominała:

„Gdy miałam 8 lat, tata został wywieziony na roboty do Niemiec. Zostałam z mamą i trojgiem rodzeństwa. Zaopiekował się nami ks. prob[oszcz] Gołębiowski, a byliśmy bardzo biedni; dbał, żebyśmy mieli co zjeść. Gdy zachorowałam ciężko i nawet lekarz powiedział mamie, że mój stan jest beznadziejny, przeżyłam dzięki księdzu proboszczowi. Był on bardzo dobry; narażał swoje życie spiesząc z Panem Jezusem do rannych, pomagał potrzebującym, wszystkim dodawał otuchy... Przeżyłam wojnę tylko dzięki niemu”.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza